
Marcin prowadził tego dnia grupę po Falljökull. Zwykły letni trekking - raki, kaski, chrzęst lodu pod stopami. I nagle dźwięk, którego nikt się nie spodziewał.
„Brzmiało to jak bardzo krótkie, głuche tąpnięcie - jakby ktoś upuścił gigantyczny kamień na ziemię. Uczucie było podobne do krótkiego trzęsienia ziemi. Woda zebrana w każdym, nawet niewielkim zagłębieniu zakotłowała się i zabulgotała. Prawdopodobnie cały lodowiec przesunął się wtedy o kilka milimetrów" - wspomina Marcin Grzyb, przewodnik lodowcowy z Ice Walkers, który po islandzkich lodowcach chodzi od 2013 roku.
W grupie wybuchła lekka panika. Niepotrzebnie - nikomu nic nie groziło. Ale ten moment dobrze pokazuje rzecz, od której trzeba zacząć każdą opowieść o lodowcach: lodowiec nie jest zamarzniętym pomnikiem. Jest żywy. Płynie, pęka, przesuwa się, mówi. A my możemy po nim chodzić - pod warunkiem, że rozumiemy, po czym stąpamy.
Ten przewodnik powstał z pomocą dwojga polskich przewodników, którzy znają islandzki lód od podszewki: Ani z Thru Iceland (Sólheimajökull) oraz Marcina z Ice Walkers (lodowce Vatnajökull, a także Sólheimajökull). Znajdziesz tu wszystko: jak lodowiec powstaje i dlaczego znika, dlaczego bywa śmiertelnie zdradliwy, jak wygląda wycieczka w praktyce i który lodowiec wybrać na swój pierwszy raz.
Zanim zaplanujesz wycieczkę na Sólheimajökull - najpopularniejszy lodowiec na południu Islandii, w pobliżu Víku - warto wiedzieć, że latem 2026 roku zmieniła się tam trasa dojścia. Lodowiec od lat się cofa, a jego przednia część w dużej mierze leży teraz nad wodą, którą trzeba było omijać wzdłuż niestabilnego, obsuwającego się brzegu. Na początku lata ryzyko oberwania się lodu wzrosło na tyle, że wycieczki zostały tymczasowo zawieszone (więcej o zamknięciu pisał RÚV), a powrót starą trasą wzdłuż brzegu jeziora odrzucono - zbyt blisko niestabilnego zbocza, z którego spadają kamienie.
Dzięki współpracy firm lodowcowych, służb ratunkowych i Islandzkiej Agencji Turystyki kilka dni temu otwarto nową ścieżkę - wyższą doliną, omijającą oba zagrożenia. Wycieczki na Sólheimajökull ruszyły ponownie. Marcin z Ice Walkers Tours podsumowuje, co warto wiedzieć, planując wyjście (albo sam widok z daleka):
Kiedy stoisz na Sólheimajökull i patrzysz na ścianę lodu ciągnącą się aż po horyzont, trudno oprzeć się wrażeniu, że masz przed sobą coś nieruchomego i wiecznego. Tymczasem prawda jest zupełnie inna. Lodowiec to nie zamrożony pomnik - to żywy, poruszający się organizm geologiczny, który powstaje, płynie i nieustannie się przepisuje.
Historia każdego lodowca zaczyna się banalnie - od śniegu, który spada i nie zdąża stopnieć, zanim spadnie kolejny. Na Islandii, w rejonach takich jak wyżyna Mýrdalsjökull czy Vatnajökull, śnieg gromadzi się warstwa na warstwie przez dziesiątki i setki lat.

Świeży śnieg to w ponad 90% powietrze - luźne, sześciokątne kryształki, które łatwo się kruszą. Ale gdy kolejne warstwy przysypują poprzednie, dolne partie zaczynają być ściskane pod ciężarem tych, które leżą na wierzchu. Kryształki śniegu tracą swój pierwotny kształt, zaokrąglają się i zaczynają się do siebie zlepiać. W ten sposób powstaje firn - pośrednie stadium między śniegiem a lodem, przypominające trochę mokry, zbity cukier.
Firn to jednak dopiero połowa drogi. Proces trwa dalej - kolejne lata, kolejne warstwy, coraz większe ciśnienie. Powietrze uwięzione między kryształkami jest stopniowo wyciskane, a same kryształki rekrystalizują się w większe, gęściej upakowane ziarna lodu. Gdy gęstość przekracza pewien próg (a powietrza zostaje już tylko niewielki procent, uwięziony w postaci drobnych pęcherzyków), firn zamienia się w lód lodowcowy - twardy, zbity, praktycznie nieprzepuszczalny dla wody.
Cały ten proces - od świeżego płatka śniegu do w pełni uformowanego lodu lodowcowego - trwa zwykle od kilkudziesięciu do kilkuset lat, w zależności od tempa opadów i temperatury.
Tu zaczyna się najciekawsza część historii. Gdy warstwa lodu robi się wystarczająco gruba i ciężka - zwykle mówimy o kilkudziesięciu metrach - dzieje się coś, czego nie spodziewałby się nikt patrzący na skute mrozem, pozornie martwe pole lodowe: lód zaczyna płynąć pod własnym ciężarem.
Nie dzieje się to w sposób, który dałoby się zobaczyć gołym okiem - prędkości mierzy się w metrach, czasem dziesiątkach metrów na rok. Ale mechanika jest dokładnie taka sama jak w przypadku rzeki: masa lodu przemieszcza się od miejsca akumulacji (tam, gdzie śniegu przybywa więcej, niż topnieje) w stronę miejsca ablacji (tam, gdzie lód topnieje i odrywa się w postaci jęzorów, takich jak właśnie Sólheimajökull). Kryształki lodu ślizgają się względem siebie, a cała masa odkształca się plastycznie i płynie doliną, dokładnie tak, jak woda płynie korytem rzeki - tylko w tempie, które ludzkie oko rejestruje dopiero po miesiącach.
To dlatego glacjolodzy nazywają lodowce „rzekami lodu". I to dlatego to, co widzisz podczas trekkingu, nie jest statycznym blokiem - to fragment procesu, który trwał, zanim tam stanąłeś, i będzie trwał długo po tym, jak stamtąd wyjedziesz.
Marcin z Ice Walkers zwraca uwagę na jedno z najczęstszych błędnych wyobrażeń, z jakim spotyka się na trasie:
„Turyści wyobrażają sobie, że lodowiec istnieje od milionów lat, podczas gdy tak naprawdę większość lodu na Islandii ma nie więcej niż tysiąc lat."
To zderzenie z rzeczywistością bywa zaskakujące. Lodowiec kojarzy się z epoką lodowcową, z czasem geologicznym liczonym w milionach lat - a tymczasem konkretny lód, po którym stąpasz, jest stosunkowo młody. Wynika to właśnie z tego, że lodowiec „żyje": stary lód nieustannie spływa w dół i topnieje, a jego miejsce zajmuje lód nowszy, uformowany z opadów sprzed kilkuset, a nie kilku milionów lat.
Jest jeszcze jedna rzecz, która odróżnia islandzkie lodowce od tych, które można zobaczyć w Alpach czy Skandynawii - ciemne, poprzecinane pasami wnętrze lodu. Odpowiedź leży kilkaset metrów pod powierzchnią: wulkany.
Ania z Thru Iceland tłumaczy, jak to działa na przykładzie Sólheimajökull:
„Sólheimajökull jest jęzorem lodowca Mýrdalsjökull, pod którym znajduje się wulkan Katla. Większe erupcje pozostawiają na powierzchni lodowca warstwę tefry, która z czasem zostaje przykryta kolejnymi opadami śniegu. Śnieg zamienia się w lód, a warstwa pyłu zostaje uwięziona w jego wnętrzu. Gdy lodowiec spływa w dół doliny, te warstwy są rozciągane, wyginane i ponownie odsłaniane - podczas trekkingu widać charakterystyczne ciemne linie przecinające lód. To zapis wydarzeń z przeszłości."
Innymi słowy: to, co z daleka wygląda jak zabrudzenie albo kurz naniesiony wiatrem, jest w rzeczywistości warstwą wulkanicznego popiołu - tefry - wtopioną w strukturę lodu dokładnie w momencie, w którym spadła na powierzchnię lodowca po erupcji Katli.
Ania od razu zastrzega jednak, że nie warto traktować tych warstw jak precyzyjnego kalendarza:
„Można to porównać do słojów drzewa, ale z zastrzeżeniem: lodowiec jest w ciągłym ruchu. Warstwy są deformowane, rozciągane i ściskane, więc nie da się po prostu policzyć ciemnych pasów i określić liczby erupcji."


To ważna różnica względem słojów drzewa. Drzewo rośnie w jednym miejscu i zapisuje swoją historię w spokojnym, uporządkowanym rytmie. Lodowiec natomiast cały czas płynie, a płynąc - deformuje wszystko, co niesie w sobie. Te same warstwy tefry, które kiedyś leżały poziomo, po latach ruchu lodu mogą być pofałdowane, rozciągnięte albo pocięte w zupełnie inny sposób niż w momencie, gdy powstały.
Kiedy więc idziesz po Sólheimajökull, dosłownie stąpasz po zapisie historii - po warstwach powietrza, śniegu i popiołu, które osiadały tam po kolejnych erupcjach Katli na przestrzeni ostatnich stuleci. Ciemne pasy, które mijasz co kilka kroków, to ślady konkretnych wydarzeń wulkanicznych, wciśnięte i wygięte przez sam lód, który je niesie.
Różnica względem każdej innej „księgi historii" polega na tym, że ta wciąż się porusza. Lodowiec, po którym idziesz dzisiaj, za rok będzie wyglądał inaczej - trochę niżej, trochę bardziej pochylony, z warstwami przesuniętymi o kolejny fragment doliny. Nie czytasz zamkniętego rozdziału. Czytasz historię w trakcie pisania.
Marcin pierwszy raz stanął na islandzkim lodowcu w 2013 roku. Wycieczki prowadzi od 2016. To zaledwie dekada - w geologii mniej niż mgnienie. A jednak:
„W zasadzie żadne formacje, jakie istniały wtedy na którymkolwiek lodowcu, już nie istnieją. Gdy zaczynałem pracować na Sólheimajökull, najciekawszym miejscem był tzw. Wielki Kanion - ogromna rozpadlina w lodzie wyżłobiona przez wodę. Przetrwała tylko do 2018 roku. Samo czoło lodowca wycofało się o kilkaset metrów."
Zmiany zachodzące na lodowcach możemy zaobserwować na archiwalnych zdjęciach satelitarnych Google Earth:

„Jeszcze bardziej ekstremalne zmiany zachodzą w lodowcu Breiðamerkurjökull, w rejonie laguny Jökulsárlón. Liczbę jaskiń, które kiedyś odwiedziłem i które już nie istnieją, mógłbym liczyć w dziesiątkach - a lodowiec wycofał się o ponad kilometr."

Puenta: to nie jest opowieść o odległej przyszłości. Przewodnicy, którzy oprowadzają dziś trzydziestolatków, pokazują im inny lodowiec niż ten, na którym sami zaczynali pracę. Jeśli planujesz zobaczyć islandzkie lodowce - dosłownie: im wcześniej, tym więcej zobaczysz.
Zacznijmy od rzeczy najbardziej kontrintuicyjnej w całym artykule. Zapytany o najczęstszy i najgroźniejszy mit o lodowcach, Marcin nie wskazuje szczelin ani jaskiń:
„Ludzie najczęściej nie zdają sobie sprawy, gdzie faktycznie zaczyna się lodowiec. Jego brzeg często bywa pokryty żwirem i kamieniami, dzięki czemu łatwo tam wejść nawet bez raków - ale to często najniebezpieczniejsza część lodowca, gdzie wydarza się najwięcej wypadków. Warstwa żwiru jest zazwyczaj cienka i wystarczy stanąć w niewłaściwym miejscu, by się poślizgnąć. Jeśli wydarzy się to na brzegu szczeliny lub zagłębienia - spadniemy lub zjedziemy w dół, a bez sprzętu wydostanie się stamtąd jest praktycznie niemożliwe."
Zapamiętaj: szary, żwirowy brzeg lodowca, który wygląda jak zwykłe kamienie, to lód pod cienką warstwą kamuflażu. To dlatego „tylko podejdę zrobić zdjęcie" bywa początkiem akcji ratunkowej.

Lodowiec nie staje się niebezpieczny z dnia na dzień - pod warunkiem, że ktoś go codziennie czyta.
„Lodowiec nie mówi do przewodnika słowami. Daje subtelne sygnały - pojawiają się nowe pęknięcia, zmienia się przepływ wody, czasem słychać charakterystyczne trzaski pracującego lodu. Miejsca, które dzień wcześniej wyglądały stabilnie, następnego dnia wymagają zupełnie innej oceny. Na lodowcu nie ma miejsca na rutynę" - mówi Ania.
Marcin dodaje zasadę, którą w Ice Walkers traktują jak żelazną:
„Żadne miejsce nie staje się niebezpieczne z dnia na dzień. Jeśli coś zawali się na lodowcu, a my byliśmy w tym miejscu dzień wcześniej - to znaczy, że zbytnio ryzykowaliśmy życiem. Jeśli jakiś fragment uznamy za niewystarczająco stabilny, nie wchodzimy pod niego, ale nadal go obserwujemy."
Wiosna 2019 roku, Breiðamerkurjökull, jaskinia znana wśród przewodników jako Treasure Island Cave. Część jaskini przewodnicy uznali za niestabilną już w grudniu - od tamtej pory nikt z nich pod nią nie wchodził, obserwowali ją tylko z daleka.
„Pewnego dnia w marcu, gdy wszedłem do jaskini, zobaczyłem z daleka dwie osoby dokładnie w tej niestabilnej części. Byli to turyści bez przewodnika - spotkałem ich później. Nie zorientowali się nawet, jak niewiele dzieliło ich od tragedii. Dokładnie to miejsce zawaliło się z hukiem nie więcej niż dziesięć minut po ich wyjściu."
Ta historia nie potrzebuje komentarza. Ale potrzebuje wniosku, więc napiszemy go wprost: na islandzki lodowiec nie wchodzi się samemu. Nigdy. Nie dlatego, że tak mówią regulaminy - tylko dlatego, że różnica między „bezpiecznie" a „śmiertelnie" bywa niewidoczna dla kogoś, kto nie patrzy na ten lód codziennie od lat.

Decyzja o zawróceniu z trasy nigdy nie zapada w ostatniej chwili z kaprysu - to efekt ciągłej obserwacji warunków, które na lodowcu potrafią zmienić się w kilkanaście minut. Przewodnicy patrzą nie tylko na niebo, ale i na samą górę: na to, co dzieje się na zboczach prowadzących do lodu, i na to, jak zachowuje się powietrze tuż przed załamaniem pogody.
„Najczęściej dotyczy to nagłej zmiany pogody. Silny wiatr potrafi wręcz przewracać ludzi, co na śliskim lodzie może być ekstremalnie niebezpieczne. Silne opady deszczu zwiększają z kolei ryzyko spadających skał - większość lodowców leży w głębokich dolinach i żeby wejść na lód, trzeba przejść pod stromym, nie do końca stabilnym zboczem. Zdarzało nam się nawet wyczuć elektryzowanie powietrza przed burzą - a lodowiec to jedno z najgorszych miejsc podczas burzy, bo nie ma tam żadnej osłony" - wylicza Marcin.
Obrywy skalne przy Sólheimajökull nie są rzadkością - to nagranie z marca 2025 roku pokazuje, jak szybko luźne zbocze nad lodowcem potrafi zareagować na zmieniające się warunki.
Łatwo pomyśleć, że skoro lodowiec od dekad leży w tym samym miejscu na mapie, to i trasa na niego powinna być jedna, sprawdzona, powtarzalna - jak szlak górski oznaczony farbą na skałach. Nic bardziej mylnego. Lodowiec nie ma stałych ścieżek, bo sam nieustannie się zmienia: topnieje, pęka, przesuwa, odsłania nowe szczeliny i zasypuje stare. To, co dla turysty wygląda jak spontaniczność przewodnika, jest w rzeczywistości koniecznością.
„My nie mamy ustalonych tras. Codziennie wybieramy trochę inną. Utarte ścieżki zmieniają się z dnia na dzień, a szczególnie z tygodnia na tydzień. Jeśli byłem na lodowcu dzień wcześniej, zazwyczaj jestem w stanie przejść praktycznie tę samą trasę. Po tygodniu - prawdopodobnie podobną, ale może to wymagać improwizacji. Po miesiącu najrozsądniej jest najpierw zasięgnąć języka od innych przewodników."


Skala tych zmian robi się naprawdę wyraźna, gdy Marcin mówi o tym, co dzieje się latem:
„Największe zmiany zachodzą latem. Warstwa lodu, która topi się w tym czasie z lodowca, ma często grubość nawet dziesięciu metrów - powierzchnia na koniec lata wygląda zupełnie inaczej niż na początku."
Dziesięć metrów. Trzypiętrowy budynek lodu, który znika w jedno lato - i to jest normalny, coroczny cykl.
Wspinaczka lodowa ma w wyobraźni wielu osób opinię dyscypliny dla siłaczy - coś, co wymaga ramion jak u alpinisty i odporności na ból przedramion. Rzeczywistość, jak opowiada Ania, prowadząca wspinaczkę lodową na Sólheimajökull, jest zupełnie inna.
„Największym zaskoczeniem jest to, że wspinaczka lodowa nie wymaga ogromnej siły, tylko odpowiedniej techniki. Najważniejsza jest praca nóg, równowaga i zaufanie do sprzętu. Ludzie wyobrażają sobie idealnie gładką, śliską powierzchnię - tymczasem lód jest pełen naturalnych nierówności i przy odpowiednim sprzęcie daje naprawdę dobrą przyczepność. Nawet osoby, które nigdy nie miały czekanów w rękach, już po pierwszej próbie są zdziwione, jak szybko czują się pewnie" - mówi Ania.
Wielkość grupy to jedna z tych decyzji, które turysta podejmuje, jeszcze zanim zobaczy lodowiec na oczy - a która później okazuje się mieć większy wpływ na całe doświadczenie, niż mogłoby się wydawać. Oddajmy tu głos Ani:
„Największa różnica to nie sam lodowiec, ale sposób jego doświadczania. W małej grupie możemy zatrzymać się tam, gdzie akurat światło jest najpiękniejsze, wybrać mniej uczęszczaną część lodowca, na której przez chwilę nie spotkamy nikogo - i po prostu pobyć na lodzie w ciszy. Przy czterdziestu osobach trudno zatrzymać się na dłużej czy zmienić plan w ostatniej chwili. Zamiast »zaliczyć« lodowiec, można go naprawdę poznać."
Sprzęt techniczny - raki, czekan, uprząż, kask - zawsze zapewnia organizator wycieczki, więc nie ma sensu w niego inwestować przed pierwszym wyjazdem. To, co warto przygotować samodzielnie, to odpowiednia warstwa ubrań pod spód: system warstwowy (baza odprowadzająca wilgoć, ciepła warstwa środkowa, wiatro- i wodoodporna kurtka wierzchnia) sprawdza się na lodowcu przez cały rok, niezależnie od pory. Buty trekkingowe sięgające za kostkę to absolutne minimum - pod raki potrzebna jest stabilna, sztywniejsza podeszwa, a nie miejskie sneakersy.
Dokładne wymagania - zwłaszcza jeśli wycieczka łączy trekking ze wspinaczką - różnią się w zależności od organizatora i pory roku, dlatego warto sprawdzić je bezpośrednio na stronie konkretnego partnera przed rezerwacją.


| Sólheimajökull | Falljökull | |
|---|---|---|
| Region | południe, ~2 h z Reykjaviku | południowy wschód, Skaftafell |
| Sezon | cały rok | cały rok |
| Charakter | spokojny spacer, także dłuższe trasy | dolna część dla każdego, wyżej - przygoda |
| Dla kogo | pierwszy raz, rodziny | rodziny na dole; ambitni wyżej |
| Prowadzi | Thru Iceland (Ania), Ice Walkers | Ice Walkers (Marcin) |
„Sólheimajökull to lodowiec dla każdego, oferujący raczej spokojne spacery, nawet na większe odległości. Falljökull oferuje dość łatwe wejście na dolną część - rodziny z dziećmi mile widziane - ale eksploracja wyżej to już bardziej wymagająca, trochę ekstremalna przygoda. Stojąc na brzegu Falljökull, widzisz przed sobą ścianę lodu opadającą stromo z wysokości ponad tysiąca metrów. Żadne inne miejsce na Islandii nie pozwala zobaczyć tego z tak bliska i w tak łatwy sposób." - mówi Marcin z Ice Walkers
Kogo wybrać:
Po setkach wyjść na lód pytanie „co wciąż robi na Tobie wrażenie" wydaje się naiwne. A jednak odpowiedź pada bez wahania.
„Ten moment, w którym po prostu zatrzymujesz się i chłoniesz miejsce, w którym jesteś." - Ania
Lodowce to jedyna atrakcja Islandii, która na pewno będzie wyglądać inaczej za dziesięć lat. Zamknięcie klamrą do sceny otwierającej - lód, który pracuje pod stopami.
Nie. I nie jest to formalność - patrz historia z Treasure Island Cave powyżej. Najwięcej wypadków zdarza się na pozornie niewinnym, żwirowym brzegu lodowca.
Ceny zależą od firmy, długości trasy i poziomu trudności:
Thru Iceland - trekking po lodowcu Sólheimajökull ze wspinaczką lodową dla chętnych, 3–5 godzin: od 13 990 ISK za osobę.
Ice Walkers Tours - oferta jest bardziej rozbudowana i cenowo zróżnicowana:
Ceny mogą się zmieniać w zależności od sezonu i dostępności - przed rezerwacją warto sprawdzić aktualny cennik bezpośrednio na stronie wybranej firmy.
Według Ice Walkers Tours nie trzeba być sportowcem - wystarczy ogólnie dobra forma. Jeśli jesteś w stanie przejść ok. 2 km po płaskim terenie i wejść po schodach, spokojnie poradzisz sobie na łatwym trekkingu lodowcowym. Dłuższe i bardziej techniczne trasy wymagają wyższej sprawności - szczegóły są opisane przy konkretnej wycieczce, a w razie wątpliwości firma radzi kontakt bezpośredni.
Na Islandii pada średnio przez około 200 dni w roku, więc lekki deszcz zwykle nie jest powodem do odwołania wycieczki - a lód w deszczu robi się wręcz bardziej niebieski. Organizatorzy na bieżąco monitorują prognozę i w razie naprawdę złych warunków proponują zmianę godziny, inny termin albo pełny zwrot pieniędzy, jeśli wycieczka nie może się odbyć.
Nie - trekkingi na Sólheimajökull organizowane przez Thru Iceland oraz Ice Walkers są zaprojektowane z myślą o osobach, które nigdy wcześniej nie były na lodowcu. Przed wejściem na lód przewodnik zawsze przeprowadza pełny instruktaż bezpieczeństwa i wydaje niezbędny sprzęt.